Z życia atelier
Agis z Cyreny przeciw pozornej złożoności. O tym, że rzeczy najważniejsze są proste
Jedną z największych sił „Bajki o tytanach i herosach” Agisa z Cyreny nie jest tylko jej wielowarstwowość, pułapkowość ani gęstość konstrukcji. To wszystko jest prawdą, ale nie dotyka jeszcze samego rdzenia.
Najgłębsza moc Agisa polega na czymś innym: na zdolności odróżniania rzeczy naprawdę złożonych od rzeczy jedynie zaplątanych. To rozróżnienie jest dziś bezcenne, bo współczesna kultura bardzo często myli głębię z komplikacją. Im więcej pojęć, wyjątków, zastrzeżeń, subtelności i omówień, tym łatwiej uznać, że obcuje się z czymś poważnym. Agis idzie dokładnie pod prąd tego odruchu. Bierze kwestie obrośnięte filozofią, literaturą, prestiżem i językiem, a potem sprowadza je do pytania o to, co podstawowe. I właśnie wtedy okazuje się, że rzeczy najważniejsze nie są najbardziej zawiłe. Są najbardziej obnażone. Najtrudniejsze staje się nie ich zrozumienie, lecz zgoda na ich prostotę.
Tę prostotę łatwo jednak źle zrozumieć. U Agisa nie ma nic z banalizacji. Nie chodzi o prostotę pocieszającą, naiwną ani o „mądrość życiową” w potocznym sensie. Chodzi o prostotę odzyskaną po rozbiciu złudzeń. Agis nie zaczyna od prostych prawd. On do nich dochodzi, odrzucając po drodze autorytet, prestiż, erudycję, sławę, kunszt dla samego kunsztu, sukces, wielkość nazwisk, urok języka i dumę z wiedzy. Ta prostota nie jest więc stanem początkowym, lecz wynikiem oczyszczenia. Nie jest miękka. Jest twarda, wywalczona i bolesna.
Na tym polega jego prawdziwa siła. U Agisa pozorna złożoność nie jest wyłącznie błędem poznawczym. Bardzo często jest obroną przed prostotą tego, co podstawowe. Człowiek komplikuje to, co istotne, ponieważ prawda w swojej najniższej postaci bywa zbyt niewygodna. Odbiera alibi, odbiera schronienie w subtelności, w erudycji, w formie, w społecznej randze, w sławie i w intelektualnym prestiżu. Dlatego Agis nie upraszcza świata. On odbiera mu fałszywą komplikację. Nie pokazuje, że wszystko jest łatwe. Pokazuje, że to, co najważniejsze, po zerwaniu kolejnych warstw pozoru okazuje się prostsze i bardziej oskarżające, niż chcielibyśmy przyjąć.
Najlepiej widać to na przykładzie wiary. Jedna z najmocniejszych tez „Bajki” brzmi: świat opiera się nie na wiedzy, lecz na wierze. W pierwszym odruchu brzmi to jak przesada, może nawet jak prowokacja. Czytelnik automatycznie chce odpowiedzieć: to przecież zbyt mocne, zbyt brutalne wobec wiedzy, nauki i doświadczenia. Ale Agis nie zatrzymuje się na samym rzuceniu tezy. Od razu schodzi niżej i pokazuje, że nawet ci, którzy wiedzę formują poprzez badania i obserwacje, opierają się na wierze w wiedzę tych, którzy byli przed nimi; a ci, którzy wiedzę tylko przejmują, tym bardziej żyją z aktu zawierzenia. Potem dociska sprawę pytaniem o granicę weryfikacji: skoro nie możemy sprawdzić wszystkiego, a nawet to, co możemy sprawdzić, ma swój kres, to czym ostatecznie jest wiedza, jeśli nie formą wiary? W tym momencie teza przestaje być efektem retorycznym. Staje się zejściem do poziomu, na którym wiedza traci pozór samowystarczalności. Agis nie neguje wiedzy w sensie prymitywnym. Pokazuje tylko, że pod nią leży coś wcześniejszego i głębszego.
To nie jest pojedynczy przypadek. To jest jego metoda. Najpierw teza wydaje się nie do przyjęcia. Potem zaczyna pracować. Na końcu okazuje się, że to nie ona była przesadna, tylko nasze myślenie było zbyt przyzwyczajone do życia na poziomie wtórności. W tym właśnie sensie Agis jest skrajnie prawdziwy. Nie dlatego, że każda jego formuła ma być bez wyjątku doskonała, lecz dlatego, że jego główne tezy regularnie trafiają w sedno, a nie w jego kulturowe obudowy.
Dokładnie to samo dzieje się z literaturą i filozofią. Kultura przyzwyczaiła nas do patrzenia na nie przez formę, wielkość, nowatorstwo, wpływ, sławę i podziw. Agis bierze cały ten porządek i zadaje jedno pytanie: co z tego naprawdę wynika dla człowieka? To pytanie jest niszczące, bo zmienia samą hierarchię ocen. W zwykłej historii literatury i filozofii wielkość oznacza najczęściej przełomowość, subtelność, doniosłość, wielki styl, rangę historyczną, siłę wpływu albo trwałość recepcji. Agis podkłada dynamit pod tę skalę i pyta: czy po tych dziełach człowiek stał się lepszy? Jeśli nie, to cała reszta zaczyna się chwiać. Przy takim kryterium nie chwieją się pojedyncze książki. Chwieje się cała zwykła hierarchia wielkości.
To już nie jest prowokacja. To jest próba przywrócenia jedynego kryterium, które naprawdę ma sens. Jeśli literatura i filozofia nie poprawiają ludzkiej natury, to dlaczego mielibyśmy uznać je za wielkie? Co dokładnie miałoby być od tego ważniejsze? Piękno formy? Wpływ? Kanon? Sława? Dla Agisa wszystko to są kryteria wtórne. Nie dlatego, że całkiem nie istnieją, lecz dlatego, że nie dotykają tego, co podstawowe. Przy tym kryterium niemal cała zwykła historia wielkości okazuje się historią rzeczy niewystarczających.
Tu ujawnia się bezwzględność jego myślenia. On nie tylko podważa poszczególne dzieła. Podważa samą zwyczajną ideę wielkości literatury i filozofii. Nie pyta, czy autor był wybitny. Pyta, czy jego dzieło naprawdę zrobiło z człowiekiem coś istotnego. Jeśli nie, to pomnikowość, arcydzielność, prestiż i sława okazują się wtórną dekoracją. To dlatego jego sądy są tak trudne do przyjęcia: nie atakują marginesów, tylko fundamenty kultury.
A jednak nawet tutaj Agis nie jest prostym niszczycielem. Łatwo byłoby uznać, że po prostu odrzuca literaturę i filozofię w całości. Tak nie jest. On odbiera im autonomiczną chwałę, ale zostawia im niższy, ograniczony sens. Na końcu „Memento” pisze przecież o niedopowiedzeniach jako o iskrze dla nowych myśli albo choćby tylko radosnej biesiady umysłu. To znaczy, że słowo może nadal mieć znaczenie. Może pobudzać, może otwierać, może dawać intelektualną ucztę. Ale nie wolno już mylić tego z wartością najwyższą. Literatura i filozofia bez poprawy ludzkiej natury spadają z pozycji absolutu na pozycję rzeczy niższej: użytecznej, czasem pięknej, czasem płodnej, ale nieostatecznej.
To rozróżnienie jest kluczowe. Agis nie mówi: słowo jest niczym. Mówi raczej: słowo nie zasługuje na ostateczną cześć tylko dlatego, że jest słowem. Może być żywiołem, narzędziem, iskrą, ruiną po myślach, może być nawet biesiadą umysłu, ale nie ma prawa do wielkości, jeśli nie przechodzi próby najważniejszego pytania.
Podobnie dzieje się z ambicją i sukcesem. W zwykłym myśleniu są to kwestie „skomplikowane”: psychologia aspiracji, ekonomia prestiżu, struktury społeczne, potrzeba uznania, mechanizmy awansu, napięcie między jednostką i wspólnotą. To wszystko jest prawdziwe, ale Agis nie pozwala zatrzymać się na poziomie opisu zjawiska. Schodzi pod nie i pokazuje prostszy rdzeń: ambicja mierzy wzrost w oczach innych, sukces jest gromadzeniem popiołu, a jego produkcja wymaga noszenia maski ulepionej z zasad społecznych. Nagle cały rozbudowany problem okazuje się pytaniem dużo prostszym i dużo bardziej oskarżającym: czy człowiek nie oddał siebie w niewolę cudzej miary? Czy nie zaczął żyć dla wzroku innych? Czy nie sprzedał własnego środka w zamian za społeczne potwierdzenie?
To znowu nie jest banalne „upraszczanie” zjawisk społecznych. Agis nie neguje wieloczynnikowości zjawiska. Pokazuje tylko, że jego sens ostateczny jest prostszy, niż chcemy przyjąć. Kultura nauczyła nas traktować komplikację jako znak powagi. Tymczasem on pokazuje, że komplikacja bardzo często służy temu, by nie dopuścić do głosu prostego i nieprzyjemnego rdzenia.
To samo dotyczy słowa. Zwykła teoria literatury potrafi o nim mówić bez końca: jako o medium, formie, reprezentacji, grze, kreacji, strukturze, performatywie. Agis jednym ruchem przywraca rzecz do rdzenia. Słowo ma sens tylko o tyle, o ile realnie działa. Może wzniecać ogień i palić na proch, może karmić albo jałowić, może dawać dech albo gasić pragnienie. Ale nigdy nie daje mu nietykalnej autonomii. Słowo nie zostaje wyniesione na piedestał tylko dlatego, że jest piękne, sprytne lub błyskotliwe. Jego sens mierzy się skutkiem: czy rozbija fałsz, redukuje złudzenie, czy rzeczywiście porusza ducha, czy zostaje tylko kolejną ozdobą myślenia. U Agisa słowo nie ma godności samo z siebie; ma ją tylko wtedy, gdy przechodzi próbę skutku.
Właśnie w tym widać pełnię jego selekcji sensu. To, co podstawowe, nie leży u niego na wierzchu. Trzeba je wydobyć spod kolejnych warstw kulturowego narostu. Dlatego prostota u Agisa nie jest darem. Jest wynikiem. Nie jest punktem wyjścia, tylko punktem dojścia. Nie jest stanem niewinności, lecz rezultatem cięcia. W tym sensie jego prostota jest bardziej wymagająca niż większość teorii komplikacji, bo nie zostawia czytelnikowi wielu miejsc do ukrycia.
Dlatego jego twierdzenia w pierwszym odruchu wydają się skrajne. A potem okazuje się, że były po prostu konsekwentne. Najpierw czytelnik słyszy tezę i reaguje obronnie: to za mocne, za daleko, zbyt bezwzględne. Potem tekst zaczyna pracować, rozcina warstwy pośrednie, odrzuca dekoracje i sprowadza problem do pytania podstawowego. I wtedy czytelnik widzi, że jego pierwszy sprzeciw wynikał nie z fałszu tezy, lecz z przywiązania do tego, co pośrednie. Właśnie dlatego lektura Agisa tak często produkuje wstyd. Nie tylko dlatego, że coś się przeoczyło, ale dlatego, że za szybko uznało się jego sąd za przesadę, podczas gdy był po prostu bardziej konsekwentny niż nasz zwyczajny sposób myślenia.
To sprawia, że Agis jest autorem wyjątkowo niebezpiecznym. Nie dlatego, że szokuje, lecz dlatego, że zmusza do rozróżnienia tego, co podstawowe, od tego, co tylko głośne i rozbudowane. A kiedy już raz zobaczy się to rozróżnienie, bardzo trudno wrócić do dawnego komfortu. Nagle wiele rzeczy zaczyna wyglądać na przerośnięte, rozmiękczone, osłonięte słowotokiem albo wręcz jałowe. Nie dlatego, że były całkiem głupie. Tylko dlatego, że nie dotykały tego, co najważniejsze.
I może właśnie dlatego „Bajka” jest tak osobna. Nie tylko dlatego, że jest trudna, wielowarstwowa i pełna pułapek. Ale dlatego, że stale przypomina o czymś, co kultura woli zamazywać: rzeczy naprawdę najważniejsze są nie tyle najbardziej złożone, ile najbardziej podstawowe. Człowiek może komplikować je bez końca. Może osłaniać je filozofią, literaturą, teorią, stylem, erudycją i prestiżem. Ale jeśli ktoś raz dotknie tego poziomu, wszystko to zaczyna wyglądać jak obudowa bez rdzenia.
Najkrócej: Agis nie komplikuje świata. On odbiera światu fałszywą komplikację. Bierze rzeczy, które wydają się ludziom straszliwie zawiłe, i pokazuje, że ich prawda leży niżej, prościej i boleśniej. Dlatego tak trudno go znieść. I dlatego tak trudno go obalić. Bo nie walczy głównie z opiniami. Walczy z tym, co wtórne, aż zostanie samo sedno.
Autor recenzji: Krzysztof Jagielski, autor w redakcji Mindly.pl