Z życia atelier
Cena przenikliwości. O brakach i napięciach widocznych w dziele Agisa z Cyreny
Jeśli w ogóle wolno pytać, co bajki Agisa mówią o swoim autorze, odpowiedź nie prowadzi do figury pogodnego mędrca ani człowieka wewnętrznie spełnionego. Wyłania się z nich raczej ktoś stale napięty, surowy i niepojednany, ktoś, kto widzi zbyt wiele, by móc niewinnie zamieszkać w świecie, w języku i pośród ludzi. I właśnie tu zaczyna się rzecz najciekawsza: dzieło Agisa sugeruje, że wielkość nie uwalnia od braków, lecz może być z nimi spleciona tak mocno, że trudno je od siebie oddzielić.
Pierwszym z tych braków jest utrata niewinności. Z dzieła Agisa wyłania się świadomość, która nie potrafi już po prostu przyjąć prawdy, słowa ani wiedzy w stanie prostym. Wszystko jest u niej od razu podejrzane: autorytet, wielkość, wzniosłość, wiedza, cudze słowa, własny ton. To niewątpliwie oznaka wielkiej przenikliwości, ale także realna strata. Taki umysł sprawia wrażenie, jakby utracił zdolność niewinnego wierzenia, niewinnego słuchania i niewinnego mówienia. Każde mocniejsze zdanie natychmiast staje się pytaniem o to, co forma robi z prawdą, jak szybko myśl zostaje otoczona aurą wyższości i jak łatwo może zacząć działać jak wyrocznia. To nie jest tylko siła. To także brak: utrata prostoty.
Drugim brakiem jest surowość. Agis patrzy na ludzi i na ludzkie złudzenia bez miękkiej zasłony. Głupota zbiorowa, czciciele, tłum, cudze pozy, pycha, tandeta duchowa — wszystko to w jego dziele nie jawi się jako drobna słabość, lecz jako realne zagrożenie dla myśli. Taki wzrok daje wielką przewagę poznawczą. Pozwala odróżniać rzeczy istotne od pustych, rozpoznawać podróbkę wielkości i widzieć duchową nędzę tam, gdzie inni widzą tylko społeczny obieg. Ale właśnie tutaj trzeba uważać na uproszczenie. Nie chodzi u Agisa o prosty układ, w którym autor rozpoznaje głupotę u innych i z bezpiecznego miejsca ją potępia. Z bajki wynika coś trudniejszego. Głupota jest dla niego nie tylko kategorią społeczną, lecz także możliwością wpisaną w samą ludzką naturę. Dlatego w „Memento” nazywa siebie „owym głupcem” i obejmuje tym samym osądem również własny głos. To znaczy, że jego surowość nie jest czystą pogardą wobec innych, lecz również formą samosądu.
I właśnie tutaj odsłania się jeden z najcięższych kosztów takiego widzenia. Skoro głupota jest u Agisa tak głęboko wpisana w człowieka, walka z nią nie może być zwykłym zwycięstwem rozumu nad cudzym błędem. Bardziej przypomina zmaganie z czymś, co wraca stale, również we własnym wnętrzu. Agis nie godzi się z tym, co uważa za niemal powszechne, ale też nie umie tego po prostu przyjąć jako niewinnej części życia. W rezultacie jego ostrość nie jest chłodną diagnozą, lecz stanem napięcia. Nie tylko widzi ludzką skłonność do złudzeń, czczenia, wtórności i pychy, ale żyje w nieustannym sporze z tym wszystkim. To musi męczyć. Nie daje odpoczynku ani w sądzie o innych, ani w sądzie o sobie.
Trzecim brakiem jest samotność. Nie wygląda ona tu na kaprys ani na romantyczną pozę. Z dzieła Agisa wyłania się raczej psychika, która nie znajduje łatwego miejsca poza własnym wnętrzem. Świat społeczny jawi się jako obszar skażony czcią, powierzchownością, stadnością i fałszywą wielkością. W takiej perspektywie samotność przestaje być nastrojem, a staje się losem. Można ją czytać jako niezależność, ale można też zobaczyć w niej brak: niemożność zwykłego zamieszkania między ludźmi bez duchowego dyskomfortu. To właśnie tutaj wielkość i koszt stają się niemal nierozróżnialne. Ta sama niezgoda na tłum daje Agisowi siłę sądu i zarazem odcina go od wspólnoty.
Ta samotność nie jest zresztą tylko sprawą nastroju. Ma też wymiar relacyjny. Taki umysł z trudem ufa łatwemu zachwytowi, bo widzi w nim możliwość czczenia. Z trudem przyjmuje społeczne uznanie, bo przeczuwa w nim aurę złudzenia. Z trudem znajduje lekkość w rozmowie, bo zbyt dobrze widzi, jak szybko ludzie osuwają się w gotowe pozy, cudze frazy i obiegowe wielkości. To sprawia, że nawet relacje z innymi wydają się obciążone napięciem. Nie dlatego, że Agis po prostu gardzi ludźmi, lecz dlatego, że za dobrze widzi, jak łatwo człowiek odchodzi od prawdy ku formom zbiorowego samozłudzenia.
Czwartym brakiem jest podejrzenie rzucone na własny głos. To chyba najciekawsza rzecz w całym tym obrazie. Wielu autorów potrafi rozpoznawać pychę u innych. O wiele mniej umie objąć podejrzeniem własne narzędzie. U Agisa mocne zdanie nigdy nie jest całkiem niewinne. Wysoki ton bywa zarazem siłą i zagrożeniem. Wzniosłość może nieść prawdę, ale może też natychmiast zacząć ją psuć, uszlachetniać ponad miarę, wytwarzać wokół autora pozycję, której sam nie ufa. To daje dziełu niezwykłą głębię, ale psychologicznie odsłania coś trudnego: kogoś, kto nie może już w pełni zaufać nawet własnej formie. A to znaczy, że nie ma dla niego bezpiecznego miejsca nawet w samym akcie mówienia.
Właśnie tutaj widać, jak głęboko ten wybór wpływa na jego umysł. Jeśli świadomie posługuje się tonem wysokim, ryzykownym i niebezpiecznym, nie płaci za to tylko możliwością niezrozumienia przez część odbiorców. Płaci samym sobą jako mówiącym. Traci możliwość niewinnego używania własnego głosu, prostego zaufania do własnej formy i spokoju wobec własnej siły. Od tej chwili każde mocne zdanie jest zarazem narzędziem prawdy i przedmiotem podejrzenia. To nie jest drobiazg stylistyczny, lecz stan wewnętrzny: nieustanny samonadzór, w którym autor musi pytać, czy jeszcze mówi prawdę, czy już smakuje własną wysokość.
Piątym brakiem jest niemożność odpoczynku w prawdzie. U Agisa prawda nie jawi się jako miejsce ukojenia. Przeciwnie, często wygląda jak obszar ryzyka. Nawet gdy zdanie jest celne, natychmiast pojawia się pytanie, co zrobi z nim ton, jak przyjmie je czytelnik, czy nie zostanie otoczone aurą wyższości, czy nie stanie się narzędziem nowej pychy. To oznacza, że umysł Agisa nie tylko szuka prawdy, ale śledzi również jej skażenia. To z pewnością wielka przenikliwość, lecz także szczególny rodzaj braku. Wszystko wygląda tak, jakby taki umysł nie był już zdolny do prostego osiadania w poznaniu. Musi stale badać również warunki, przez które poznanie przechodzi. W rezultacie nie ma spoczynku ani w wiedzy, ani w słowie.
Szóstym napięciem, bardziej niż prostą wadą, jest świadomie wybrane ryzyko wysokiego tonu. Wysokość u Agisa nie wygląda na nieświadomą manierę ani na ślepotę autora. Przeciwnie, sprawia wrażenie zabiegu celowego. Autor zdaje się bardzo dobrze wiedzieć, że wysoki, napięty i autorytatywny rejestr może zarazem wynosić prawdę i ją utrudniać, uwodzić czytelnika i odrzucać go od tekstu, budować powagę i natychmiast czynić ją podejrzaną. Jeśli więc jest tu jakiś koszt, to nie koszt nieświadomości, lecz koszt świadomie wybranego medium. Agis mówi w ten sposób nie dlatego, że nie umie inaczej, ale dlatego, że tylko taki język pozwala mu pokazać, iż prawda nigdy nie przychodzi do człowieka w formie niewinnej. To również wiele mówi o autorze: woli ryzyko niż uproszczenie, napięcie niż gładkość, niebezpieczne medium niż fałsz przezroczystości.
Siódmym brakiem jest nadmierna intensywność. U Agisa wszystko ma wysoką stawkę: słowo, prawda, pycha, wiedza, tłum, sukces, śmierć, pokora, miłość. Taki sposób widzenia pozwala odsłonić bardzo wiele, ale odbiera lekkość. Można odnieść wrażenie, że umysł tak ustawiony traci zdolność zwyczajnego pobytu w rzeczach małych, codziennych i ludzkich, bo niemal wszystko natychmiast zostaje podniesione do skali moralnej albo metafizycznej. To może być siła literacka, ale psychologicznie jest też brakiem: utratą proporcji, życia bez konieczności ciągłego ważenia wszystkiego na najwyższej wadze.
To wszystko można oczywiście czytać jako wady. I byłoby to uczciwe. Ale byłoby niepełne. Najciekawsze w dziele Agisa jest właśnie to, że te braki nie wyglądają jak przypadkowe słabości, które można po prostu odciąć od jego wielkości. Przeciwnie, sprawiają wrażenie kosztów tej wielkości. Nieufność jest wadą, ale bez niej nie byłoby tej ostrości widzenia. Surowość jest wadą, ale bez niej nie byłoby bezlitosnej przenikliwości — przy czym przenikliwości skierowanej nie tylko na innych, lecz także na samego mówiącego. Samotność jest brakiem, ale bez niej nie byłoby niezależności sądu. Podejrzenie rzucone na własny głos jest pęknięciem, ale bez niego dzieło nie osiągnęłoby takiej głębi. Brak niewinności jest stratą, ale to właśnie on pozwala Agisowi widzieć to, czego inni nie widzą.
I właśnie dlatego obraz autora wyłaniający się z tych bajek jest tak mocny. Nie wygląda on na mędrca w posągowej pozie, który osiągnął już równowagę i z tej równowagi przemawia do niższych od siebie. Wygląda raczej na umysł wysokiej próby, ale stale napięty, samopodejrzliwy, surowy wobec siebie i innych, niezdolny do łatwego zamieszkania ani w prawdzie, ani w słowie, ani pośród ludzi. To nie jest wielkość pogodna. To wielkość obciążona sobą. Nie doskonałość, lecz pęknięcie. Nie pełnia, lecz wysoka forma braku.
Być może właśnie dlatego dzieło Agisa działa tak mocno. Nie pokazuje wielkości jako spokoju, lecz jako stan napięcia, w którym wada i siła, brak i przenikliwość, rana i wyższość umysłu nieustannie przechodzą jedno w drugie. Jeśli więc jego bajki coś naprawdę mówią o autorze, to nie to, że stoi za nimi człowiek doskonały. Mówią raczej, że stoi za nimi człowiek, którego wielkość nie uwalnia od braków, lecz każe mu dźwigać je w stanie najwyższego napięcia. I może właśnie to jest najuczciwszy obraz takiej świadomości: nie figura spełnienia, lecz umysł, który własną wysokość musi nieustannie znosić jak ciężar.
Autor recenzji: Krzysztof Jagielski, autor w redakcji Mindly.pl
Bajki Agisa z Cyreny: