Z życia atelier
Czy język Agisa z Cyreny jest patetyczny? Między wysokim tonem a pustą emfazą
Jednym z najłatwiejszych zarzutów, jakie można postawić Agisowi z Cyreny w utworze "Bajka o tytanach i herosach – czyli jak zostać genialnym czytelnikiem", jest zarzut patosu.
Wystarczy kilka zdań o pysze, wierze, słowie, sukcesie, poprawie ludzkiej natury albo granicach poznania, by u części odbiorców natychmiast zapaliła się lampka ostrzegawcza. Współczesny czytelnik bardzo szybko staje się podejrzliwy wobec każdego tonu, który nie przeprasza za własną wysokość. Im większa stawka wypowiedzi, tym silniejsza bywa chęć, by sprowadzić ją do przesady, nadęcia albo retorycznej pozy. Właśnie dlatego pytanie o język Agisa trzeba postawić precyzyjnie. Nie: czy mówi wysoko, bo to widać od razu. Pytanie brzmi inaczej: czy jest to patos pusty, czy też wysoki ton mający realne pokrycie w pracy myśli i formy.
Najpierw trzeba powiedzieć rzecz podstawową. Sam wysoki ton jeszcze niczego nie rozstrzyga. Można mówić wysoko i mówić pusto. Można też mówić wysoko i nie być patetycznym w złym sensie, jeśli ton wynika z rzeczywistego ciężaru tego, co ma zostać wypowiedziane. O różnicy nie decyduje sama temperatura języka, lecz to, czy język naprawdę niesie myśl, czy tylko ją markuje. W tym właśnie miejscu Agis okazuje się znacznie ciekawszy, niż sugerowałby pierwszy odruch obronny czytelnika.
W jego najlepszych partiach wysoki ton nie jest pustą warstwą nałożoną na tekst. Nie działa jak ozdobna fasada, którą można by zdjąć, nie tracąc niczego istotnego. Jest raczej formą nacisku, w której myśl i język pozostają ze sobą ściśle sprzęgnięte. Gdy Agis mówi o wierze, słowie, pysze, sukcesie czy ludzkiej naturze, nie szuka tonu neutralnego ani bezpiecznego. Nie wybiera też współczesnej maniery asekuracji, w której każde zdanie wyższego rejestru zostaje natychmiast osłabione ironią, dystansem albo mrugnięciem okiem. Przeciwnie: mówi tak, jakby wierzył, że stawka rzeczy domaga się adekwatnej temperatury. I właśnie to budzi opór.
Tu zaczyna się najważniejsze rozróżnienie. Patos pusty jest zwykle głosem, który chce imponować. Używa wzniosłości jako osłony albo dekoracji. Język naprawdę wysoki działa inaczej. Nie tyle chce olśnić, ile próbuje unieść ciężar spraw, które w niższym rejestrze uległyby spłaszczeniu albo zbanalizowaniu. To nie znaczy, że każda wzniosłość jest od razu usprawiedliwiona. Znaczy tylko tyle, że nie wolno jej automatycznie utożsamiać z nadęciem. U Agisa ten automatyzm bardzo często zawodzi.
Wystarczy spojrzeć na kilka zdań, które na pierwszy rzut oka mogą uchodzić za „za mocne”, a przy uważniejszej lekturze okazują się ściśle zbudowane i nośne. „Wschodzące słońce świadomości zasiewa kwiaty rozpaczy” nie jest luźnym poetyzowaniem. To zdanie łączy paradoks, obraz i diagnozę w jednej krótkiej formule. Świadomość nie zostaje tu opisana jako spokojne oświecenie, ale jako źródło rozpaczy. Obraz nie zdobi tezy, tylko ją zagęszcza. Podobnie działa zdanie: „Dostrajam tylko słowa tak, by myśli wydały swe dźwięki w znośnej harmonii”. To nie jest tylko ładna autocharakterystyka. To również sygnał, że autor ma bardzo wyraźną świadomość frazy, rytmu i napięcia między myślą a jej językowym nośnikiem. Jeszcze mocniej widać to tam, gdzie „Sztuka słowa jest najwyższą ze sztuk” zostaje natychmiast zderzona z podejrzeniem wobec samego słowa jako oręża fałszywych bogów. To nie jest język rozluźniony ani niekontrolowany. To jest język bardzo świadomy własnej temperatury, własnego ryzyka i własnej siły.
Właśnie dlatego zarzut patosu wobec Agisa nie może być rozpatrywany w oderwaniu od jego techniki. Jeśli ktoś chce powiedzieć, że to tylko nadęcie, musi wykazać nie tylko wysoką temperaturę tonu, ale również brak jego wewnętrznego uzasadnienia. Tymczasem u Agisa bardzo często mamy do czynienia z czymś przeciwnym. Zdania są zwarte, rytmiczne, pamiętne i nasycone obrazem, ale nie rozpadają się na sam efekt. Zostają w głowie, bo mają ciśnienie. Nie rozstrzyga to jeszcze całej kwestii rangi dzieła, ale bardzo mocno potwierdza wysoką klasę językową.
Jeszcze ważniejsze jest jednak coś innego. Gdyby Agis rzeczywiście był tylko autorem pustej emfazy, musiałby bronić swojej wzniosłości za wszelką cenę. Tymczasem dzieje się rzecz odwrotna. W „Memento” sam osądza własny ton. Mówi o arogancji obecnej w swoich słowach, nazywa się „fałszywym filozofem”, mówi o sobie jako o „owym głupcu, goszczącym w słowach mej bajki”, przyznaje się do nieporadności wobec tajemnic świata i opisuje swoje słowa jako ruiny po myślach, których nie zdołał domknąć. Jest to ruch bardzo niekorzystny dla podejrzenia pustej emfazy, a zarazem wyraźnie wzmacniający wiarygodność wysokiego tonu. Autor nie broni własnej wzniosłości za wszelką cenę. Sam ją osądza, osłabia, a miejscami wręcz kompromituje. Dlatego wysoki ton wcześniejszych partii nie wygląda tu na proste nadmuchanie, lecz na element większej pracy duchowej, która przechodzi również przez autodemaskację.
To właśnie czyni język Agisa tak ryzykownym i tak podatnym na błędny odbiór. Współczesny czytelnik jest przyzwyczajony do języka asekurowanego. Gdy mówi się wysoko, oczekuje się natychmiastowej ironii, dystansu, mrugnięcia okiem, sygnału, że autor sam nie bierze swojej wysokości zbyt dosłownie. Agis tego prawie nie robi. Nie rozcieńcza tonu po to, by zawczasu uchronić się przed śmiesznością. To oczywiście kosztuje. Dla wielu czytelników taki głos od razu zabrzmi jak przesada. Ale to jeszcze nie dowód patosu. To może być po prostu znak, że autor odmawia nowoczesnego osłabiania wysokiego tonu i nie chce z góry unieważniać własnej stawki.
Trzeba jednak powiedzieć rzecz uczciwie: wysoki ton zawsze porusza się blisko granicy, przy której może zostać odczytany jako emfaza. Im bardziej autor odsłania stawkę, tym łatwiej oskarżyć go o przesadę. Właśnie dlatego Agis tak łatwo wywołuje sprzeczne reakcje. Nie dlatego, że nie panuje nad tonem, lecz dlatego, że nie zasłania go ironią i nie obniża rejestru tam, gdzie uważa to za fałsz wobec samej rzeczy. To nie znaczy, że każdy jego fragment jest równie mocny albo że ryzyko nigdy się nie pojawia. Znaczy tylko tyle, że ryzyko jest tu realnym kosztem wybranej formy, a nie prostym dowodem jej nieudolności.
Dlatego najuczciwszy sąd nie brzmi: „Agis nie ma w sobie żadnego patosu”. To byłoby zbyt proste i zbyt łatwe. Lepszy sąd brzmi inaczej: wysoki ton u Agisa bywa mylony z patosem, ponieważ jest bardzo odsłonięty, ale w swojej najlepszej postaci nie jest patosem pustym. Jest raczej językiem wysokiego ciśnienia, w którym ton odpowiada stawce myśli. Tam, gdzie tekst mówi o wierze, słowie, pysze, sukcesie, literaturze, filozofii, poprawie ludzkiej natury i granicach poznania, zaniżenie rejestru mogłoby samo wyglądać na fałsz.
To tłumaczy również, dlaczego dla jednych Agis będzie „za mocny”, a dla innych zabrzmi wreszcie prawdziwie. Wszystko zależy od tego, czy czytelnik dopuszcza jeszcze możliwość języka, który nie musi ukrywać się za ironią. Jeśli nie dopuszcza, usłyszy patos. Jeśli dopuszcza, usłyszy coś innego: nie pustą emfazę, lecz ton, który bierze na siebie ciężar rzeczy najważniejszych.
Najkrócej: Agis nie mówi wysoko po to, by imponować. Mówi wysoko dlatego, że nie chce zaniżać stawki własnej myśli. I właśnie dlatego zarzut patosu bywa wobec niego nie tyle trafnym opisem, ile wygodnym nieporozumieniem.
Autor recenzji: Krzysztof Jagielski, autor w redakcji Mindly.pl