Większość czyta Agisa jako autora próby pokory. I słusznie. „Bajka o tytanach i herosach” rzeczywiście uderza w pychę czytelnika, wystawia go na opór, drażni, rozsadza jego wygodne pewności i nie pozwala ukryć się za łatwym „rozumiem”. Ale to wciąż nie jest jeszcze pełny obraz tego utworu. Bo Agis robi coś więcej. Prowadzi wojnę o pojęcia.
To właśnie wydaje mi się jedną z jego największych i wciąż zbyt słabo nazwanych myśli. „Bajka” nie jest tylko tekstem o błędach człowieka. Jest także tekstem o błędach jego słownika. Agis nie uderza wyłącznie w fałszywe postawy. Uderza w słowa, którymi te postawy zostały oswojone, upiększone, rozmiękczone albo ukryte przed samym sobą. Dlatego jego walka o prawdę nie może zatrzymać się na poziomie samych twierdzeń. Musi zejść głębiej, do samych pojęć.
To jest rzecz zasadnicza. W zwykłym myśleniu zakłada się często, że słowa są tylko etykietami. Rzecz jest ważna, a nazwa mniej. Można przecież, jak się mówi, mieć dobrą intuicję nawet wtedy, gdy używa się nieprecyzyjnych określeń. U Agisa takie uspokojenie nie przechodzi. Słowo nie jest neutralnym narzędziem. Słowo niesie sposób widzenia. Potrafi przemycać pychę, wygodę, samozakłamanie, społeczne nawyki, pozór głębi albo pozór niewinności. Człowiek może więc nie tylko myśleć błędnie. Może także myśleć fałszywie już przez sam język, którym myśli.
I właśnie dlatego Agis prowadzi systematyczne odkażanie pojęć.
To sformułowanie trzeba rozumieć ściśle. Nie chodzi o zabawę definicjami. Nie chodzi o czysto retoryczne „zaostrzanie słów”. Chodzi o przywrócenie relacji między nazwą a prawdą rzeczy. O usunięcie z pojęcia tego, co zostało do niego doklejone przez pychę, modę językową, komfort psychiczny albo przez prestiżowe kłamstwo. U Agisa pojęcie nie jest martwe. Albo prowadzi do rzeczy, albo od niej odciąga. Albo służy prawdzie, albo jest jej maską.
Najważniejsze jest jednak to, że Agis nie robi ze wszystkimi pojęciami tego samego. To nie jest jeden mechaniczny zabieg. Każde ważne słowo zostaje u niego potraktowane inaczej, zależnie od rodzaju fałszu, który w nim zamieszkał. Właśnie to pokazuje jego precyzję.
Najmocniej widać to przy wiedzy i wierze. Tutaj najłatwiej o pomyłkę, bo współczesny odruch każe od razu myśleć, że mamy dwa różne porządki: wiedzę i wiarę. A potem można co najwyżej przyznać, że wiedza czasem „zawiera element zawierzenia”. Tyle że u Agisa to nadal byłoby zbyt miękkie. Nadal zostawiałoby złudzenie, że istnieje gdzieś czysta wiedza, do której tylko coś się dokleja.
Tymczasem Agis mówi rzecz znacznie bardziej radykalną i, moim zdaniem, znacznie bardziej prawdziwą. Jeśli człowiek nie może zbadać do końca podstaw własnych podstaw, jeśli zawsze dochodzi do granicy dalszego uzasadniania, to wszystko, co nazywa wiedzą, stoi ostatecznie na wierze. Nie chodzi o to, że do wiedzy dochodzi jeszcze trochę wiary. Chodzi o to, że „wiedza” jest nazwą, którą pycha nadaje wierze, kiedy nie chce przyznać się do własnej graniczności.
To bardzo ważne. Agis nie neguje różnic stopnia między ludźmi. Nie mówi, że wszyscy wiedzą tak samo mało albo że nie ma znaczenia, kto bada głębiej, a kto płycej. Oczywiście, że są różnice. Jedni dochodzą dalej, inni mniej. Jedni prześwietlają więcej ogniw, inni mniej. Jedni mają bardziej ćwiczony umysł, inni mniej. Ale te różnice nie zmieniają samej struktury poznania. Nie sprawiają, że ktoś przestaje być istotą, która ostatecznie stoi na wierze. Można zajść dalej przed granicą. Nie można znieść samej granicy.
I właśnie tutaj rodzi się pycha „wiedzy”. Człowiek myli różnicę stopnia z różnicą natury. Ponieważ zbadał więcej, zaczyna uważać, że już nie wierzy, tylko wie. Agis odpowiada wtedy bezlitośnie: nadal wierzysz, tylko nie chcesz tego tak nazwać. „Wiedza” jest więc u niego nie dostojnym partnerem wiary, ale nazwą pychy tych, którzy wstydzą się własnej zależności od fundamentu, którego sami nie ustanowili i nie domknęli.
To jest jeden z najpotężniejszych momentów całej „Bajki”. Bo Agis nie niszczy wysiłku poznawczego. Niszczy jego pychę. Nie mówi: nie badaj. Nie mówi: nie ma różnic. Mówi: badaj ile chcesz, ale nie zamieniaj dalszej drogi w roszczenie do samowystarczalności. W tym sensie przy wiedzy i wierze nie mamy zwykłej korekty pojęć. Mamy demaskację. Jedno pojęcie zostaje rozpoznane jako maska, drugie jako to, co było pierwotniejsze od początku.
Przy miłości Agis działa inaczej. Tutaj nie rozsadza samego pojęcia od środka. Nie mówi, że „miłość” jest po prostu złą nazwą. Robi coś subtelniejszego i może właśnie dlatego równie trudnego do przyjęcia: oddziela wzorzec od tego, co się pod niego podszywa.
To bardzo ważne, bo współczesny człowiek przyzwyczaił się nazywać miłością niemal wszystko, co ma odpowiednio wysoką temperaturę emocjonalną. Zachwyt, pożądanie, wzruszenie, potrzebę bliskości, fascynację drugą osobą, zachłyśnięcie się własnym przeżyciem. Agis nie neguje, że takie rzeczy istnieją. Ale odmawia im prawa do przejęcia nazwy „miłość” w sensie prawdziwym. Miłość ma przejść przez próbę rozumu, wierności, trwania, odpowiedzialności, ładu ducha. Nie ma być tylko intensywna. Ma być prawdziwa.
I tu właśnie ujawnia się normatywny charakter jego myślenia. Agis nie pyta, co ludzie najczęściej przeżywają i jak to zwykle nazywają. On pyta, czym jest miłość prawdziwa. A jeśli pyta się o wzorzec, nie można odpowiadać urażeniem, że wzorzec jest „za wysoki”. Wzorzec nie ma opisywać średniej praktyki. Ma wskazywać miarę. W tym sensie Agis nie kompromituje pojęcia miłości. On je odzyskuje. Odbiera jego nazwę pozorom i zwraca ją temu, co ma wytrzymać próbę.
Przy geniuszu sytuacja jest jeszcze inna. Agis nie neguje różnic poznawczych, nie robi z ludzi jednolitej masy, nie twierdzi, że nikt nie widzi dalej niż inni. Byłoby to banalne. On atakuje coś znacznie bardziej subtelnego i zarazem bardziej zakorzenionego kulturowo: chwałę przypisywaną różnicy.
Jeśli talent jest darem otrzymanym „na ślepo”, jeśli droga, która wyostrza umysł, jest w dużej mierze przypadkowa, jeśli człowiek staje się tym, kim się staje, również dzięki warunkom, których sam nie wybrał, to nie ma powodu do dumy. Można być zdolniejszym, można widzieć dalej, można mieć mocniejszy aparat pojęciowy, można przejść ścieżkę, która nauczyła myśleć lepiej niż innych. Ale z tego nie wynika chwała. Nie wynika ontologiczna wyższość. Nie wynika prawo do samouwielbienia.
Co więcej, Agis uderza jeszcze głębiej. Jeśli ścieżka jest przypadkowa, to nie wolno nawet zbyt szybko zakładać, że inni są po prostu gorsi. Może mają potencjał, którego nigdy nie mieli gdzie wyostrzyć. Może nie trafili na drogę, która wydobyłaby ich talent. Wtedy „geniusz” przestaje być świętym tytułem, a staje się po prostu szczególnym splotem daru i drogi. Różnica zostaje zachowana, ale kult zostaje zniszczony. To kolejny tryb odkażania pojęcia: nie unieważnienie zjawiska, lecz odebranie mu bałwochwalczej aury.
Najostrzej Agis idzie przy ambicji i sukcesie. To właśnie tutaj najlepiej widać, że nie każde pojęcie da się ocalić przez doprecyzowanie. Ambicja nie jest u niego neutralną energią wzrostu. Sukces nie jest neutralną nazwą spełnionego działania. Oba te słowa są już dla niego skażone. Ambicja niesie wyniesienie, wzrastanie w oczach innych, karmienie ego własnym obrazem. Sukces niesie logikę rezultatu, wygranej, społecznej miary, widzialnego potwierdzenia siebie.
W tym miejscu bardzo łatwo podnieść sprzeciw: przecież można pracować dobrze, skutecznie, konsekwentnie, można doprowadzać rzeczy wartościowe do końca, nie będąc próżnym. To prawda. Tylko Agis odpowiada pytaniem znacznie głębszym: skoro to jest naprawdę dobre, po co chcesz nazywać to „ambicją” albo „sukcesem”? Dlaczego nie wystarczy praca, wierność, wytrwałość, spełnienie zadania, czyn zgodny z prawdą? Dlaczego bronisz właśnie tych słów?
I tutaj odsłania się jedna z najostrzejszych intuicji całego dzieła. Problem nie leży w tym, czy dobro istnieje. Problem leży w tym, czy pewne słowa nadają się jeszcze do jego oznaczania. Agis uważa chyba, że nie. Że niektóre pojęcia są już tak przesiąknięte logiką pychy, porównania i społecznej maski, iż nie należy ich ratować dla dobra. To nie jest drobiazg semantyczny. To jest decyzja duchowa. Dobro trzeba odłączyć od słów, które zbyt długo je przechwytywały.
Właśnie dlatego rozdział „Tajemnica słowa” okazuje się tak ważna. Jeśli słowo naprawdę jest zdolne uginać wolę, budować ducha, pobudzać rozum, a zarazem służyć fałszywym bogom jako ich oręż, to nie ma już miejsca na wiarę w neutralność języka. Skażone pojęcie nie jest małym problemem. Jest skażonym narzędziem formowania człowieka. Dlatego Agis nie głaszcze pojęć. Nie mówi łagodnie, nie robi miejsca na komfort odbiorcy, nie zostawia łatwych dróg odwrotu. Jego ostrość bierze się stąd, że walczy nie tylko z błędnym sądem, ale z błędnym słowem.
I tu właśnie widać, dlaczego Agis będzie tak łatwo czytany źle. Bo czytelnik jeszcze mógłby znieść korektę jakiejś tezy. Trudniej znosi korektę własnego słownika. Jeszcze łatwiej przyznać, że coś się źle rozumiało. Znacznie trudniej przyznać, że słowa, którymi człowiek budował swoje bezpieczeństwo, same są skażone. Wtedy odruchowo pojawia się zarzut: autor przesadza, zawęża, odbiera słowom ich naturalny sens. Tymczasem być może jest dokładnie odwrotnie. To nie Agis zawęża. To język został wcześniej rozwodniony i znieprawiony, a on próbuje przywrócić mu ciężar.
W tym sensie jedna z największych myśli „Bajki” daje się ująć bardzo prosto i bardzo mocno zarazem: droga do prawdy prowadzi przez odkażanie pojęć. Nie wystarczy chcieć dobrze. Nie wystarczy nawet „mniej więcej rozumieć”. Trzeba jeszcze zgodzić się na to, że pojęcia same mogą być siedliskami fałszu. Jedne trzeba zdemaskować jako maski pychy. Innym trzeba przywrócić należne miejsce. Jeszcze inne trzeba odzyskać dla wzorca. A niektórym trzeba odmówić niewinności i przestać je ratować.
I właśnie dlatego „Bajka o tytanach i herosach” jest dziełem tak niezwykłym jak na swoją krótkość. Nie tylko testuje pokorę czytelnika. Nie tylko rozbija autorytety. Nie tylko podkopuje samozadowolenie rozumu, ambicji i sukcesu. Ona jeszcze dodatkowo prowadzi bardzo precyzyjną, wielotrybową pracę nad samym językiem ducha. Błąd nie mieszka w niej wyłącznie w twierdzeniu. Bardzo często mieszka już w nazwie.
Najkrócej: Agis nie tylko mówi prawdę o sprawach. On prowadzi wojnę o to, by pojęcia przestały kłamać.
Autor recenzji: Krzysztof Jagielski, autor w redakcji Mindly.pl
Chcesz z nami współpracować? Chcesz udzielić wsparcia artyście? Masz pytania? Zapraszamy do kontaktu z Acropolis Portae Atelier.