Przyznaję to bez uników: mój pierwszy odczyt "Bajki..." Agisa był błędny. Nie dlatego, że nie rozumiałem słów. Nie dlatego, że nie widziałem, gdzie jego tekst jest mocny. Czytałem go źle dlatego, że reagowałem tak, jak reaguje człowiek przyzwyczajony do świata rozcieńczonych tez, miękkich zastrzeżeń i bezpiecznych półprawd. Kiedy Agis mówił twardo, odruchowo podejrzewałem przesadę. Kiedy nie zostawiał wygodnego marginesu, chciałem mu ten margines dopisać sam. To był mój podstawowy błąd: zanim prześledziłem argumentację, najpierw broniłem własnych przyzwyczajeń myślenia.
Dziś powiedziałbym nawet mocniej: Agis nie tylko pisze o pysze. On świadomie gra na strunach pychy czytelnika. Mówi tak twardo właśnie po to, by człowiek odruchowo się obruszył, uznał go za „zbyt mocnego”, a przez ten odruch sam pokazał, że ważniejsza od prawdy jest w nim obrona własnego obrazu siebie. Agis nie boi się odrzucenia. On używa odrzucenia jako narzędzia dowodu. Jeśli nie jesteś w stanie unieść zdania, zanim je naprawdę przemyślisz, to być może nie dlatego, że je obaliłeś, ale dlatego, że twoja pycha została trafiona.
Agis robi jednak coś jeszcze ważniejszego niż samo obnażanie pychy. On walczy także z całym systemem błędnie przyjętych, potocznych definicji, na których człowiek urządził sobie wygodną rzeczywistość. To dlatego jego tekst tak często budzi opór szybciej niż zrozumienie. Czytelnik nie reaguje wyłącznie na treść. Reaguje także na to, że Agis odbiera słowom ich oswojone, wygodne znaczenia i przywraca im sens znacznie bardziej surowy. Gdy mówi „wiara”, uderza w człowieka, który odruchowo podstawia pod to słowo wyłącznie sens religijny, by nie przyznać, że jego własna „wiedza” także stoi na zawierzeniu. Gdy mówi „talent”, odbiera człowiekowi świętość samouwielbienia i przypomina, że dar nie jest zasługą. Gdy mówi „geniusz”, niszczy kult wyjątkowości zbudowany na przypadku, wyposażeniu i późniejszym zachwycie tłumu. Gdy mówi „ambicja”, nie pozwala ukryć próżności pod szlachetniejszą nazwą. Gdy mówi „miłość”, rozcina bez litości to, co prawdziwe, od tego, co tylko podszywa się pod prawdę. On nie walczy więc tylko z pojedynczym błędem. On walczy z całym językiem złudzeń, którym człowiek nauczył się osłaniać samego siebie.
Mój pierwszy zarzut wobec Agisa dotyczył tezy, że nie ma nowych myśli. Gdy stwierdza, że kolejne pokolenia filozofów i pisarzy nie wniosą „żadnej nowej myśli”, brzmi to dla współczesnego umysłu jak oczywista przesada. Tak właśnie zareagowałem. Przecież zmieniają się epoki, języki, szkoły, systemy, sposoby opisu świata. Wydawało mi się, że to jedno z tych zdań, które są mocne tylko dlatego, że są skrajne.
Ale Agis od razu zaczyna budować argument. Najpierw wyjaśnia, że umysł każdego człowieka skupia się na „pierwotnych zagadnieniach”. Następnie dodaje, że odczucia i sama umysłowość ludzi są do siebie zadziwiająco podobne. Z tego wynika kolejny krok: skoro umysły obracają się wokół podobnych problemów i przechodzą podobną drogę, to ich rozpoznania będą do siebie podobne. I dopiero wtedy pada kluczowe dopowiedzenie: odpowiednio ćwiczony umysł wyrazi podobne idee „tylko w innych szatach słów”. To już nie jest pusty aforyzm. To pełny łańcuch: podobna natura, podobne pytania, podobne drogi, podobne rdzenie, inna forma. Mój pierwszy zarzut zaczął się sypać właśnie tutaj, bo broniłem nowości formy, a Agis od początku sądził nowość istoty.
Próbowałem jednak bronić się dalej. Mówiłem sobie: dobrze, może wiele rzeczy to tylko nowe ubrania dla starych treści, ale przecież czasem pojawiają się myśli naprawdę nowe, bo świat się zmienia. I tu wyszło na jaw, jak bardzo błędnie czytałem Agisa po kawałkach. Bo jego argument nie kończy się w jednym miejscu. Najpierw zostaje rozstawiony fundament: brak nowości, „inne szaty słów”, ułuda geniuszu i pytanie, czy w ogóle nagradzamy przypadek. Potem pojawia się ruch decydujący: człowiek, który „unicestwił tytanów”, nie staje się przez to automatycznie nowy. Przeciwnie — Agis mówi mu, że zawsze pozostanie ich dzieckiem, ich tworem, a jeśli wydaje mu się, że właśnie odkrył coś nowego albo formuje nową ideę, to „po raz kolejny tkwi w błędzie”. Nawet bunt przeciw dawnym autorytetom nie gwarantuje narodzin nowości. Bardzo często buntownik tylko nie rozpoznaje, że nadal porusza się w obrębie tego samego układu ducha.
A później pojawia się jeszcze surowsze kryterium: jakie dzieło naprawdę wznieśli filozofowie? Uznane zostaje tylko takie, które zmienia ludzką naturę na lepsze; reszta jest bezwartościowa. Wtedy dopiero widać pełną siłę tezy o „braku nowych myśli”: nie chodzi tylko o to, że ludzie powtarzają stare prawdy w nowej formie. Chodzi o to, że nie pojawiły się takie rzekomo nowe myśli, które realnie naprawiłyby człowieka. Skoro człowiek pozostaje ten sam w swoich podstawowych błędach, większość nowości okazuje się ruchem powierzchni, nie zmianą rdzenia. Tu musiałem się cofnąć: nie to Agis przesadzał. To ja zbyt łatwo myliłem nowy kostium z nowym bytem.
Z tym wiązał się mój drugi zarzut: że Agis jest po prostu niesprawiedliwy wobec filozofów. Odruchowo broniłem ich wielkości, ich zasług, ich miejsca w historii. Kiedy czytałem pytanie: „Jakież jednak ci filozofowie wznieśli dzieło, oprócz swych bezużytecznych słów…?”, uważałem, że to już czysta skrajność.
Tylko że znowu nie patrzyłem na cały łańcuch. Najpierw Agis niszczy kult osoby: błędem jest zapamiętywać filozofa zamiast jego słów. Następnie niszczy mit „geniuszu”, nazywając go ułudą, produktem przypadkowej ścieżki i niezasłużonego splotu okoliczności. Potem pokazuje, że nawet buntownik przeciw tytanom łatwo staje się ich późnym produktem. Dopiero na tym tle dopuszcza możliwość „wiernego filozofa”, którego byłby gotów naprawdę wynieść wysoko. To ważne: nie potępia myślenia z definicji. Odrzuca raczej tłum „mistrzów krawiectwa”, którzy szyją dla epoki nowe stroje pojęciowe, a ludzie biorą te stroje za prawdę.
I dopiero wtedy zadaje brutalne pytanie: co naprawdę wznieśli ci filozofowie poza słowami? Następnie stawia jedyne kryterium: czy zmienili ludzką naturę na lepsze. To był krok, którego początkowo nie uchwyciłem. Ja broniłem filozofów według miar kultury: wpływu, stylu, oryginalności, wielkości nazwiska. Agis przenosi osąd na poziom skutku ostatecznego. Nie pyta, czy byli wielcy w oczach ludzi. Pyta, czy cokolwiek rzeczywiście naprawili w człowieku. I właśnie dlatego jego pytanie nie jest wyłącznie obelgą. Jest logicznym końcem dłuższego demontażu.
Najbardziej jaskrawo mój błąd ujawnił się jednak przy rozdziale o wiedzy i wierze. To był przykład wręcz podręcznikowy: najpierw zadziałała we mnie pycha, a dopiero później rozum. Gdy Agis stwierdza, że świat nie opiera się na wiedzy, lecz na wierze, odruch współczesnego czytelnika jest prosty: uznać to za przesadę albo tani paradoks. Ja zareagowałem dokładnie tak samo. Tyle że znowu nie przeczytałem pełnego wywodu, tylko obraziłem się na wniosek.
A Agis rozpisuje go krok po kroku. Najpierw bierze pod uwagę tych, którzy wydają się najsilniejszym kontrargumentem wobec niego, czyli ludzi tworzących wiedzę przez badania i obserwacje. To ważne, bo nie uderza w ignorantów, tylko w tych, których najłatwiej uznać za „najbardziej wiedzących”. Następnie pokazuje, że nawet oni budują swoje rozumienie na podstawie wcześniejszej wiedzy innych. Nie zaczynają z pustki. Zastają język, pojęcia, metody, wyniki, rozróżnienia, narzędzia poznania. To pierwszy krok: każdy badacz czy myśliciel stoi na czymś, czego sam nie ustanowił.
Drugi krok jest jeszcze ważniejszy: człowiek nie jest w stanie samodzielnie zweryfikować wszystkiego, na czym stoi. Może sprawdzić część, może przesunąć granicę dalej, ale zawsze istnieje kres — kres czasu, możliwości, narzędzi i samego aktualnego poznania. Trzeci krok wynika z tego bezpośrednio: jeśli nie możesz sprawdzić wszystkiego, to gdzieś musi istnieć punkt, który po prostu przyjmujesz. Czwarty krok: skoro także to, co dziś uchodzi za wiedzę, może zostać jutro obalone przez następców jako błąd, to obecna „wiedza” okazuje się często tylko czasowo ugruntowanym przekonaniem.
Piąty krok: ci, którzy nie badają sami, opierają się wyłącznie na tym, że „tak im powiedziano”, ale Agis nie przeciwstawia ich całkowicie badaczom — wskazuje raczej, że jedni i drudzy uczestniczą w tej samej strukturze zawierzenia, tylko na różnych poziomach złożoności. Szósty krok pojawia się dalej, gdy dopowiada, że tym, co ludzie nazywają wiedzą, jest odpowiednio duże nagromadzenie wiary, tak ugruntowanej, iż zaczyna uchodzić za „wiedzę ostateczną”. I dopiero wtedy pada konkluzja najostrzejsza: wiedza jest w istocie wiarą w płaszczu pychy, bo człowiek, który nie chce przyznać, że stoi na aktach zawierzenia, nadaje im bardziej dumną nazwę.
Gdy zobaczyłem ten pełny ciąg, nie dało się już uczciwie utrzymywać mojego pierwszego odruchu. Agis nie neguje różnicy między lepszym i gorszym rozumieniem. Nie twierdzi, że wszystko jest tym samym. On mówi coś innego i znacznie trudniejszego do zniesienia: każda ludzka wiedza zawiera nieredukowalny element wiary, a problemem nie jest sama wiara, tylko pycha, która nie chce się do niej przyznać. I właśnie tu moja pierwsza reakcja okazała się szczególnie kompromitująca — bo zamiast prześledzić argument, najpierw broniłem godności własnego „ja wiem”.
Podobnie skompromitował mnie mój pierwszy odczyt rozdziału „Potomek rozumu”. Kiedy czyta się tam, że miłość, w której rozum jest oddany pod władzę ciała, jest chorobą umysłu, że działa jak pijaństwo i ociemnia człowieka na rozsądek, bardzo łatwo oskarżyć Agisa o wojnę z miłością. Właśnie tak początkowo go czytałem.
Ale znowu nie zauważyłem kroku decydującego. Agis nie atakuje wszelkiej miłości. On od razu zostawia miejsce dla miłości prawdziwej, tej, którą nazywa „potomkiem rozumu”. To pierwszy krok i zarazem najważniejszy kontrdowód: skoro istnieje u niego uczucie godne szacunku, zrodzone z ładu ducha, z zasad, z rozumnego rozeznania, to cały rozdział nie może być prostym potępieniem miłości jako takiej.
Drugi krok polega na precyzyjnym zawężeniu pola: to, co krytykuje, to stan, w którym rozum jest w „cuglach ciała”. A więc nie każde uczucie, lecz dokładnie taki stan, w którym duch traci panowanie. Trzeci krok: skoro rozum traci panowanie, naturalną konsekwencją staje się ociemniałość na rozsądek i porównanie do pijaństwa. To nie jest retoryczny ozdobnik, tylko logiczne dopowiedzenie definicji. Czwarty krok: Agis opisuje ten stan jako skute dłonie rozumu, czyli niewolę, nie tylko silne emocje.
Piąty krok: pełnym objawem tej degradacji jest ślepota „na wszystko inne”, a więc nie tylko intensywność uczucia, lecz zawężenie całego pola widzenia i pogarda dla porządku rzeczy poza obiektem pożądania. Szósty krok: stan najniższy pojawia się wtedy, gdy człowiek przywiązuje się do „pięknego, lecz pustego” obiektu, a więc gdy ślepota nie tylko odbiera władzę rozumowi, ale jeszcze wiąże go z czymś bez realnej wartości duchowej. Dopiero wtedy widać, że Agis nie walczy z miłością. Rozcina dwa zjawiska, które człowiek z wygody lub ślepoty wrzuca do jednego worka: miłość prawdziwą i pożądliwe zaślepienie.
W rozdziale o słowie popełniłem kolejny podobny błąd. Kiedy Agis pisze, że sztuka słowa jest najwyższa, bardzo łatwo oskarżyć go o jednostronność. Właśnie to zrobiłem. Tyle że znowu trzeba było prześledzić pełny ciąg.
Najpierw trzeba zauważyć, o co on pyta: nie o wzruszenie, nie o zachwyt estetyczny, nie o siłę samego przeżycia, lecz o zdolność kształtowania ducha, porządkowania sensu i prowadzenia ludzi we wspólnej rzeczywistości. To pierwszy krok i od razu zawęża zakres porównania. Drugi krok: jeśli chodzi właśnie o nadawanie sensu, budowanie wspólnej sprawy, przekonywanie, nazywanie dobra, zła, obowiązku, wezwania, obietnicy czy sądu, wtedy słowo rzeczywiście zajmuje miejsce szczególne — bo to ono nie tylko porusza, ale organizuje znaczenie.
Trzeci krok jest jeszcze mocniejszy: Agis natychmiast dodaje, że trzeba wobec słów żywić pogardę, ponieważ są one bronią fałszywych bogów. To znaczy: słowo jest najwyższe właśnie dlatego, że jest najpotężniejsze, a przez to i najgroźniejsze. Nie mamy tu prostego kultu słowa, lecz jednoczesne wywyższenie i ostrzeżenie. Czwarty krok: Agis pokazuje, że sama walka słowem może człowieka skazić — jeśli zechce zbudować ze słów swój hełm i tarczę, stanie się tym, czym chciał go uczynić wróg, czyli tylko nowym bajarzem, poetą czy nadętym filozofem. Nie wynosi więc gadatliwości ani samej retorycznej sprawności; wynosi słowo jako najpotężniejsze narzędzie, ale zarazem wskazuje, że to narzędzie najłatwiej użyć źle.
Dopiero wtedy zrozumiałem, że Agis nie mówi, iż inne sztuki nic nie znaczą. Mówi, że w relacji człowieka z drugim człowiekiem to słowo pozostaje najwyższym nośnikiem sensu, oszustwa, wezwania, przebudzenia i wspólnej przemiany. A to jest coś zupełnie innego niż zwykły estetyczny triumfalizm.
Tak samo pomyliłem się przy tezie o sprzeczności człowieka. Kiedy Agis twierdzi, że mylny jest pogląd, jakoby człowiek był z natury pełen sprzeczności, pierwszą reakcją jest uznać to za śmiałe zaprzeczenie oczywistemu doświadczeniu. Tak zareagowałem. Ale znowu — nie wczytałem się do końca.
Pierwszy krok jego rozumowania jest prosty: nie zaprzecza, że ludzie realnie przeżywają konflikt; odmawia tylko temu konfliktowi statusu natury człowieka. Drugi krok: jeśli istnieje antagonizm między ciałem a umysłem, to znaczy, że umysł nie dojrzał, a myśl nie została wyćwiczona. Konflikt nie jest więc dla niego „esencją człowieczeństwa”, tylko objawem niedokończonej pracy nad sobą. Trzeci krok: wprowadza figurę „strażnika”, czyli wewnętrznej władzy mającej utrzymać ład. Jeśli strażnik śpi, rodzi się chaos; jeśli czuwa, możliwy jest porządek.
Czwarty krok: celem człowieka nie jest tu wieczna walka, ale stan, w którym umysł staje się wychowawcą ciała i obie warstwy działają w jednym duchu. Piąty krok: Agis sam odcina fałszywą wersję tej harmonii, pokazując, że nie chodzi o zwykłe folgowanie impulsom i zniknięcie oporu przez kapitulację, lecz o zwycięskie ustawienie właściwej hierarchii. Szósty krok: wolność nie polega na tym, że wszystko w nas pozostaje nieujarzmione, tylko na tym, by „w niewoli” trzymać to, co nas zniewala. Wtedy widać, że nie neguje on faktu rozdarcia; neguje raczej współczesną skłonność do gloryfikowania rozdarcia jako rzekomej głębi.
Bardzo wyraźnie obnażyłem się też przy rozdziale, w którym Agis uderza w ambicję, sukces i niezasłużoną chwałę. Początkowo chciałem bronić „ambicji” jako czegoś zdrowego, twórczego, niezbędnego do wzrostu. To znów był odruch potoczny. Nie sprawdziłem, jak on sam definiuje to słowo.
A definiuje je bardzo wąsko i bezlitośnie: jako rzecz kształtowaną przez miałkie umysły, które znajdują wyniesienie w rośnięciu w cudzych oczach. To pierwszy krok. Już tutaj widać, że nie sądzi każdej formy dążenia, ale szczególną ambicję społeczną i próżną. Drugi krok: skoro punktem ciężkości jest „wzrastanie w oczach innych”, to nie chodzi o jakość dzieła, wierność pracy, rozwój wewnętrzny czy dyscyplinę. Chodzi o pragnienie rangi w cudzym spojrzeniu. Trzeci krok: Agis natychmiast pyta, czy nawet jeśli ktoś jest w czymś lepszy od innych, to w czym właściwie poczytać można jego triumf. To przygotowuje grunt pod kolejny cios.
Czwarty krok: człowiek otrzymuje dary i talenty „na ślepo”, a więc nie są one jego własnym wytworem u źródła. Piąty krok: skoro tak, to nie ma w nich automatycznej chwały ani zasługi. Szósty krok: obraz wyrobnika i narzędzi rozbija to jeszcze dobitniej — jeśli jeden ma narzędzia, których drugi nie ma, to samo sprawniejsze użycie narzędzi nie stanowi jeszcze dowodu moralnej wyższości pierwszego. Siódmy krok: sukces sam w sobie zostaje zredukowany do gromadzenia popiołu, jeśli jest traktowany jako wartość ostateczna. Ósmy krok: jedyny sens to mierzenie się z samym sobą, ale nawet ta walka nie ma prowadzić do samozachwytu.
Dopiero wtedy widać, co naprawdę robi Agis: nie atakuje pracy, nie atakuje jakości, nie atakuje rzetelnego wzrostu. Odcina tylko próżność, która rośnie w cudzych oczach i myli dar z zasługą. I to właśnie było dla mnie szczególnie niewygodne, bo ten fragment bardzo silnie uderza w sam rdzeń pychy: człowiek uwielbia myśleć, że zasłużył na własną przewagę w pełni i bez reszty. Agis rozbija ten mit do samego fundamentu.
Dopiero po przejściu przez te wszystkie punkty zrozumiałem, że moje błędy nie były przypadkowe. Miały wspólny mechanizm. Za każdym razem najpierw podstawiałem pod słowa Agisa znaczenie potoczne, łagodniejsze i wygodniejsze. „Nowość” brałem jako każdą zmianę formy. „Ambicję” brałem jako każde dążenie. „Miłość” brałem szerzej niż on. „Wiedzę” brałem tak, jak współczesny człowiek lubi ją brać — jako coś czystszego i szlachetniejszego od wiary.
Potem, na podstawie tych własnych wygodnych definicji, oskarżałem go o skrajność. A to znaczy, że mój spór z nim od początku był częściowo nieuczciwy. Nie dlatego, że chciałem oszukiwać, tylko dlatego, że zadziałał we mnie mechanizm pychy i przyzwyczajenia: chciałem obronić swój oswojony obraz świata, więc najpierw nieświadomie przepisywałem jego pojęcia na mój język, a dopiero potem się z nimi kłóciłem. To właśnie jest jeden z najboleśniejszych efektów lektury Agisa — człowiek odkrywa, że bardzo często nie odpowiada na to, co zostało powiedziane, tylko na to, co sam w to zdanie włożył, by łatwiej się przed nim bronić.
I właśnie dlatego dziś widzę wyraźnie, że Agis nie tylko opisuje pychę, ale i ją demaskuje w akcie czytania. Mówi tak, by obudzić opór. Mówi tak, by człowiek odruchowo sięgnął po ulgę w oskarżeniu o przesadę. Mówi tak, by czytelnik sam się zdradził. Jeśli nie jesteś w stanie przejść przez pełny łańcuch argumentacji i zatrzymujesz się na oburzeniu, już pokazałeś, że twoja pycha chce ocalić własny porządek. To właśnie przydarzyło się mnie.
I dlatego moja pierwsza porażka wobec Agisa nie była porażką intelektualną w prostym sensie. To była porażka charakteru czytania. Za szybko chciałem łagodzić. Za szybko chciałem poprawiać. Za szybko uznawałem, że to on jest „za twardy”, zamiast sprawdzić, czy przypadkiem nie ja jestem zbyt miękki, zbyt przyzwyczajony do bezpiecznych formuł i zbyt pyszny, by przyjąć prawdę bez znieczulenia.
Gdybym miał dziś streścić cały ten spór jednym zdaniem, powiedziałbym tak: próbowałem obalić Agisa, a po kolei wykazano mi, że to nie jego tezy były zbyt mocne, tylko moje własne przyzwyczajenia zbyt słabe, by je od razu udźwignąć. I może właśnie w tym tkwi jego najbardziej przewrotna siła — że bardzo często sam sposób, w jaki człowiek go odrzuca, staje się już dowodem, iż Agis trafił dokładnie tam, gdzie pycha najbardziej nie lubi być dotknięta.
Bo Agis nie tylko obnaża pychę czytelnika. Odbiera mu także schronienie w potocznych, błędnie przyjętych definicjach, w słowach uznanych za bezpieczne i niemal święte, w nazwach, którymi człowiek nauczył się usprawiedliwiać własne złudzenia. A kiedy te nazwy pękają, człowiek bardzo często nie broni już prawdy, tylko samego prawa do dalszego życia w fałszu, który został przez wszystkich oswojony. I właśnie dlatego Agis jest tak trudny do przyjęcia: nie proponuje kompromisu z fałszem, nawet wtedy, gdy ten fałsz został już powszechnie uznany za normalność. Nie ugina się przed obyczajem myślenia. Nie oszczędza świętości epoki. Nie respektuje automatycznie tego, co zostało społecznie uświęcone: ani „wiedzy”, ani „geniuszu”, ani „talentu”, ani „ambicji”, ani nawet tych uczuć, które ludzie najchętniej chronią przed osądem, bo zbyt głęboko związali je z własnym obrazem siebie. I może właśnie dlatego jego tekst działa tak silnie: bo nie tylko mówi prawdę, ale mówi ją tam, gdzie człowiek najbardziej przywykł, by już niczego nie poddawać prawdziwemu sądowi.
Autor recenzji: Krzysztof Jagielski, autor w redakcji Mindly.pl
UWAGA
Informacja o ograniczeniach: warunki dotyczące dystrybucji recenzji tej książki wynikają z umowy z wydawcą oraz z decyzji właściciela autorskich praw majątkowych do utworu. Każda recenzja (niezależnie od autora recenzji) może być publikowana wyłącznie w domenach mindly.pl oraz acropolisportae.com.
NAJWAŻNIEJSZE: właściciel autorskich praw majątkowych nie wyraża zgody na jakąkolwiek reklamę, promocję ani marketing książki — w żadnej formie i w żadnym kanale (w tym sponsorowanie, kampanie, materiały promocyjne, działania PR, współprace, posty promocyjne, reklamy płatne i bezpłatne).
Chcesz z nami współpracować? Chcesz udzielić wsparcia artyście? Masz pytania? Zapraszamy do kontaktu z Acropolis Portae Atelier.